"„Jeśli szowinizm francuski już przy dotychczasowych granicach państwa miał pewne uzasadnienie natury materialnej w tym, że od 1815 roku stolica Francji, Paryż, a tym samym i cała Francja, była wydana na pastwę nieprzyjaciela już po kilku przegranych bitwach, to jakąż dopiero nową pożywkę będzie miał wtedy, gdy granica przebiegać będzie na wschodzie Wzdłuż Wogezów, a na północy — obok Metzu?"
— pisali twórcy marksizmu. Skoro w 1870 r. napaść niemiecka była łatwa do urzeczywistnienia, to po utracie Lotaryngii zagrożenie ze strony Niemiec wzrosło jeszcze bardziej. Słowem, niby mlecz Damoklesa zawisła nad Francją groźba nowego najazdu niemieckiego, wywołując tendencje odwetowe.
Co prawda w 1871 r. większość polityków francuskich rozumiałai że w najbliższych latach Francji potrzebny jest pokój: kraj był zbyt osłabiony, by mógł ponownie prowadzić wojnę. Całkowicie słusznie zarzucano Thiersowi płaszczenie się przed Bismarckiem. Jednakże zarówno jego przeciwnicy z lewicy nie wyłączając Gambetty, jak i oponenci prawicowi, np. De Broglie i Decazes, także nie uważali, by Francja mogła wkrótce z szansą na powodzenie rozpocząć nową wojnę z Niemcami. Po doświadczeniach 1870 r. dla każdego zdrowo myślącego Francuza było oczywiste, że nie należy w ogóle występować przeciwko Niemcom samotnie, bez sojuszników.
"
Tekst zaczerpnięty z "Historia dyplomacji 1871-1914" wyd. Książka i Wiedza; rok 1972
